Nieznana pani Hania

hanna krallAbsolutnym wzorem do naśladowania w dziedzinie reportażu jest dla mnie pani Hania. Pani Hania jest niska, ma krótkie włosy i jest Żydówką. Na Warszawskich Targach Książki stałam w niemałej kolejce po to tylko, by podpisała mi swoje „Sześć odcieni bieli”, wydania wznowionego za sprawą wydawnictwa Dowody na Istnienie. Zresztą, nazwa wydawnictwa to kalka jednej z jej książek. Nie jestem wielką fanką autografów, nie rozumiem po co i na co je komu. Ale to zawsze dobry pretekst na chwilę z osobą, która jest kimś ważnym. Stoję, czekam, myślę sobie: co jej powiem? Że przyszłam, że czytam, że chcę? Pewnie będę mieć minutę, co w minutę człowiek może zrobić, powiedzieć, jak się zachować? I byleby nie wyjść na wariata i pseudofana. W dodatku przy mistrzyni. To byłby dramat. A pani Hania powiedziała mi: niech pani nie myśli, tylko pisze. I mnie zatkało.

Zatkało mnie też jak przeczytałam „Sześć odcieni bieli”. To nie jest ta pani Hania, którą znam z „Zdążyć przed Panem Bogiem” czy z „Żalu”. Po pierwsze dlatego, że wznowione „Sześć odcieni…” nie mają w sobie tak widocznej wirówki, jak to ma miejsce w późniejszych reportażach, a przecież pani Hania słynie z oszczędnego, konkretnego i celnego pióra. Ileż to się nasłuchałam od Marka Millera, że pani Hania potrafi napisać reportaż na dwie strony a cztery. I że można. A tutaj tej wirówki jakby nie ma. Przez to, że jest prawie niewidoczna, albo jej wcale nie ma, nie wiem, patrzy się na teksty z 1978r. inaczej. W dodatku poruszana jest inna tematyka, niż ta, którą się zna myśląc o Hannie Krall.

Bohaterowie nie są pochodzenia żydowskiego. Nie pochodzą z żydowskiego miasteczka tylko zewsząd. Ze Szczecina, Katowic, Gdańska, Łodzi. Bohaterowie to robotnicy, górnicy, pracownicy fabryk wszelakich. Nie przycinają pejsów, nie odpalają świeczek na menorze. To jest zupełnie inna, zupełnie nieznana pani Hania. Czyta się tę książkę łapczywie. Nie powiem z wypiekami na twarzy, ale łapczywie. Po to tylko, by zobaczyć szarych ludzi, w ich szarych ubraniach, i że przytrafiły im się bardziej lub mniej szare historie w ich szarych miejscowościach. Gdyby dać im komputery i ajfony, z powodzeniem można zamiast roku 1978 podać 2015. W tym zbiorze są reportaże, które się czyta z trudem. Otwierająca „Nieuwiara” to tragiczna historia bożonarodzeniowa, ale szalenie pogmatwana. Zgubiłam się w niej kilka razy. Ale rozczytanie w tym nieznanym stylu pani Hani przyszło szybko. W tym zbiorze są reportaże genialne. Na przykład „Życie poprawione Augustyna Halotty”, albo „Katara sienny”, albo „Piękna żona sztygara”.  Ale moim faworytem i absolutnym arcydziełem jest „Miłość na Fabrycznym” o miłości Eli i Wojtka, a w tle kuchenny nóż.

Czuję jednak mały zawód. Nie tak wyobrażałam sobie jedne z pierwszych tekstów pani Hani, i chociaż one są napisane doskonale, to jednak  mam wrażenie, że to nie jest jej tematyka. Jakby ktoś inny podpisał się jej nazwiskiem. A może wolę po prostu, gdy pisze o Żydach, swoich korzeniach i bolączkach skrzywdzonych braci. I absolutnie nie zgadzam się z przedmową Masłowskiej do najnowszego wydania, że „Sześć odcieni bieli” to literacki trójwymiar. Bo literacki trójwymiar pani Hania osiąga przy historiach żydowskich. Niemniej jednak z dumą odkładam to piękne wydanie na półkę, które od noszenia w torebce, czytania w różnych miejscach, zrobiło się dokładnie takie samo jak tytuł.

Reklamy

#brudnopis

InstagramCapture_322bab44-9660-4b73-89a7-3337c7d67b68Chciałam napisać powieść (…) moi koledzy to gromada groźnie zdeformowanych dzieci, a ja – idiotka po prostu. Nie będziemy przecie pisać tragedii o kalekach.

Agnieszka Osiecka „Szpetni czterdziestoletni”

Wytarzać się w Warszawie z 1950r.

Leopold Tyrmand z Konstatym Ildefonsem Gałczyńskim na odbudowywanej Marszałkowskiej. Ponad rok temu, gdy sprowadzałam się do Warszawy, nie wystarczyły mi ani spacery ani widoki zza szyby tramwaju. Chciałam tę Warszawę liznąć bardziej. Nabyłam, już nie pamiętam gdzie, „Tyrmanda Warszawskiego”. Krótki zbiór tekstów o Warszawie wydawanych na łamach „Tygodnika Powszechnego”, „Stolicy” i „Przekroju”. Zaczęłam czytać i niestety, ale romans nam nie wyszedł. Nic nie zrozumiałam, lektura w ogóle mnie nie zajmowała. Stwierdziłam, słusznie zresztą, że potrzebujemy czasu, ja i pan Leopold. Po ponad roku czasu znowu sięgnęłam po książkę, tak ładnie wydaną przez wydawnictwo MG, bo już w Warszawie się nie gubię i się doskonale znam. I się zaczytałam. I czuję niedosyt.

Tyrmand bardzo ładnie, chociaż czasem zawile opisuje jak wyglądała Warszawa lat powojennych. Przede wszystkim nie daje wątpliwości: Warszawa jest najlepszym miastem jakkolwiek by nie ucierpiała. Tyrmand pisze wręcz z odrazą o innych miastach, jakoby ich klimat, czy pora roku są zupełnie bezbarwne przy np. warszawskiej wiośnie.

…wszystko, dziejące się poza Warszawą, było niedobre, nudne, niewłaściwe i pozbawione wdzięku. Tak samo wszystko, dziejące się w Warszawie, jest dobre, interesujące, właściwe i pełne czaru i uroku. Przykład – proszę bardzo: gdy w Łodzi pada deszcz w Wielkanocne święta, jest to tylko i wyłącznie winą Łodzi, bo tylko w takim mieście może w Wielkanoc padać deszcz. Gdy natomiast Warszawa ma nad sobą złą pogodę w każde święta, można, a nawet należy to wybaczyć. Bowiem winna jest pogoda, a nie miasto. Na pewno. A zresztą w Warszawie, na Wielkanoc musi być ładnie…

Bardzo ochoczo opisuje, że Warszawa przedwojenna nie miała placów, zanim wybuchła wojna chciano ten uszczerbek na tkance urbanistycznej jakoś poprawić, w końcu zagruzowana stolica po wojnie mogła w końcu obrastać w place i skwery, jak grzyby po deszczu. Tyrmand pisze o szyldach (i zleca zamienić Gałczyńskiemu tę wstrętną nazwę szyld, na coś ładniejszego), że są wszędzie, że są przedziwaczne i że nawet jeśli całe kamienice jeszcze nie powstały to warto, żeby szyldy były najpiękniejsze. Pisze o tramwajach, taksówkach, o chodnikach, o targowiskach miejskich, o błocie i o cudzoziemcach. W końcu, a właściwie najwięcej uwagi poświęca Tyrmand architekturze – na części pierwsze rozkłada Nowy Świat, sporo też miejsce zajmują opisy Mariensztatu czy Starego Miasta.

tyrmand-warszawski-bprod59650206Ta książka pochłania do reszty, pochłonie też wszystkich tych, którzy chcą poczuć kurz i brud ówczesnej stolicy (Tyrmand przywołuje opinię jednego lekarza, który wyliczył, że rocznie mieszkaniec Warszawy wdycha jedną cegłę), w dodatku Tyrmand bardzo plastycznie opisuje, jak ta Warszawa zburzona i stawiana na nogi wyglądała. Albo pisze o problemach, jakie mogli mieć mieszkańcy Saskiej Kępy albo Targówka.

I, ot ciekawostka, Tyrmand szczegółowo opisuje jaki jest symbol ówczesnej Warszawy. Tak jak symbolem Krakowa są Wawel i Sukiennice, symbolem dzisiejszych Katowic – Spodek a Gdańska Kościół Mariacki, tak przecież w Warszawie w 1950r. jeszcze nie wznosi się nad całą Polską dar narodu radzieckiego dla polskiego. I tak Tyrmand zdradza i zapewnia solennie, że symbolem Warszawy 1950 jest Kościół św. Anny na pl. Zamkowym. Przechodzę tam codziennie, i w życiu bym nie pomyślała, że ta biała budowla uchodziła za symbol czegokolwiek innego, niż Pana Boga, a co dopiero Warszawy.

Słowem: „Tyrmand warszawski” wart jest uwagi, ale tylko tych, którzy w Warszawie się orientują, znają Miodową, Nowy Świat, Hożą, Pl. Trzech Krzyży. To nie jest książka dla niedzielnych turystów, co odwiedzili znajomych, albo przelotem wylądowali na Wschodniej, Centralnej albo Zachodniej. Stwierdzam, że trzeba tu po prostu mieszkać trochę, żeby faktycznie przenieść się (o to u Tyrmanda nietrudno) do Warszawy z roku 1950. A właściwie, jak mówi sam autor znowu kogoś cytując: wytarzać się w Warszawie.